Uwaga - spojlery! Jeżeli nie czytaliście lub oglądaliście tego o czym piszę - uwaga - zdradzam szczegóły i często ważne informacje!
Zakładki:
Audio Booki
Czytam, polecam!
Fotograficznie
Przeczytane w 2010
Przeczytane w 2011
Wyzwania
sobota, 20 sierpnia 2011
Nie dla wszystkich, którzy pokochali Życie Pi!


(Uwaga - spoilery!)

Pokochałam "Życie Pi"! Uważam je za jedna z najlepszych książek, jakie czytałam! Niestety miłość ta sprawiła, że dałam się złapać na tani chwyt marketingowy literackiego debiutu Rakesh Satyal "Błękitny chłopiec"... 

"Dla wszystkich, którzy pokochali Życie Pi.
Poznajcie Kirana Sharrmę, który uwielbia muzykę, taniec i wszystko, co zmysłowe. Chłopiec czuje się inny, wciąż szuka swojego miejsca w życiu. Aż pewnego dnia doznaje olśnienia: może jego przeznaczeniem nie jest życie na ziemi? Dla Kirana rozpoczyna się długa, bolesna, ale i piękna wędrówka do prawdy o sobie..."

Tak zachęca nas do zakupu okładka, dodając jeszcze, iż jest to "historia chłopca, który myślał, że jest Bogiem".

Pamiętać muszę, aby nie sugerować się przy kupnie książki tym, co napisane jest na okładce! Książka bowiem niczym nie przypomina "Życia Pi"! Chyba, że za wystarczające podobieństwo uznajemy fakt, iż głównym bohaterem jest hinduski chłopiec snujący religijne rozważania. Więcej podobieństw nie widzę... 

Książka opisuje niezbyt fascynującą historię chłopca, który czuł się wyobcowany, inny. I myślał, że jest Kryszną. W myśleniu tym pomagała mu mieniąca się delikatnym błękitem skóra (!). Czytamy o młodym hinduskim chłopcu w Stanach, który nie ma przyjaciół, maluje się kosmetykami swojej mamy, tańczy balet i marzy aby zdobyć akceptację rówieśników poprzez występ w szkolnym konkursie talentów. Ponadto doświadcza pierwszych przeżyć erotycznych i powoli uświadamia sobie, że jest gejem. 

Zakończenie jest kulminacją banału! Bo jak inaczej można opisać sytuację, kiedy chłopiec podpala pracownię plastyczną a winę zgania na znienawidzonych kolegów (zemsta za lata odrzucenia), następnie pomimo zakazu rodziców wymyka się na szkolny konkurs talentów, przebiera w damskie ciuszki lecz pod koniec występu mdleje (ale w poczuciu wielkiej chwały i triumfu), aby w szpitalu dowiedzieć się, iż jego błękitna skóra to nie przejaw boskości, lecz efekt przedawkowania lekarstw... Ale nasz bohater nie załamuje się, lecz udaje mu się odnaleźć pozytywy sytuacji... 

"Tworzyłem własną fantazję - a przynajmniej tworzyło ja moje serce - i dzięki tej fantazji ukazałem swoje artystyczne Ja w jego najbardziej nieskrępowanej postaci. Dopóki oddajesz się fantazji, świat może być tak niepospolicie piękny, jakim chcesz go widzieć - choć ta fantazja bywa czasem melancholijna i smutna."

Książce brak głębi, napisana jest banalnym językiem i mówi o niczym... Bardziej przypomina słaby opis amerykańskiego filmu dla młodzieży niż dobrą książkę. 

Stanowczo NIE POLECAM! 

Tagi: Satyal
22:08, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011
Gladwell wychodzi poza schemat


Będąc uziemioną w domu od kilku dni (i na kilka następnych...), nadrabiam literacko-blogowe zaległości. Czytać w końcu więcej mogę, więc warto co-nieco napisać. I opisać kilka ciekawych pozycji przeczytanych w ciągu ostatnich tygodni. 

Książką, którą polecam bardzo, bardzo, jest jedna z najbardziej znanych pozycji Malcolma Gladwella "Poza schematem". Lektura wręcz fascynująca! 

Temat tam podejmowany dotyczy sukcesu. Brzmi banalnie. Na księgarnianych półkach książek o tej tematyce są dziesiątki. Dlaczego więc ta jest inna (a faktycznie jest)?

"Poza schematem" to nie podręcznik ani poradnik "Osiągnij sukces w weekend". To książka, w której autor w przewrotny sposób bada przyczyny sukcesu. Co sprawia, że ktoś sukces osiąga, a inni nie. 

Czy Talent? Talent własnie jest obszarem, który Gladwell najbardziej chyba demitologizuje. Pokazuje nam, że talent to nie wszystko (a nawet czasem mniej). Pokazuje inne przyczyny, które na osiąganie sukcesu wpływają. 

Mamy tu chociażby "zasadę 10 000 godzin". Mamy "dobre urodzenie" (i mówimy tu o dacie a niekoniecznie o pozycji społecznej). Mamy posiadanie odpowiednich przodków. I tak dalej i tak dalej. 
Dowiadujemy się, dlaczego większość zawodowych, amerykańskich futbolistów urodziło się w styczniu, lutym i marcu. Gladwell opisuje skąd wywodzi się sukces informatyków takich jak Bill Gates na przykład, skąd sukcesy Beatlesów czy żydowskich prawników. Jak ma się iloraz inteligencji do sukcesu. I jak sposób wychowania dzieci wpływa na ich przyszłe osiągnięcia. 

Nie będę zdradzać szczegółów. Na prawdę warto przeczytać! Książka daje do myślenia i jest świetnym tematem do późniejszych dyskusji (nie wszystkie tezy każdemu wydadzą się równie prawdopodobne czy rzeczywiste). 

Aby zobaczyć styl Gladwella polecam też jego wypowiedź na TEDzie na temat sosów pomidorowych (!). 

A ja tymczasem idę czytać kolejna jego książkę. 



Tagi: Gladwell
22:33, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2011
Miód stanowczo nieudany


Zaczęłam słuchać audiobooki. Próbowałam kiedyś w domu, podczas gotowania, ale skupić się nie mogłam. Moje "wzrokowstwo" góruje nad "słuchowstwem". Spróbowałam jednak jeszcze raz, tym razem w samochodzie, podczas drogi do pracy. Szkoda w końcu marnować pół godziny w jedną i pół w drugą, skoro można w tym czasie literackich zaległości trochę nadgonić. Zaczęłam od literatury anglojęzycznej (o tym w innym wątku) i świetnie się sprawdziło! Więc z entuzjazmem pobiegłam do Empiku po kolejną porcję słuchowisk. Wybór mój padł na "Smak miodu" An-Nu 'ajmi Salwa. Jest to książka, którą chciałam przeczytać, więc skoro mogłam posłuchać - super! Jednak niestety nie było tak super jak się spodziewałam...

Ciężko jest mi skomentować treść, gdyż miałam problem aby się na niej skupić. Sposób czytania skutecznie mi to uniemożliwiał. Stanowczo autorka powinna bardzo poważnie policzyć się z Panią Czytającą! Czytanie to określić mogę jednym tylko słowem - MASAKRA! Po 2 godzinach poddałam się. Tego się nie da słuchać! Kompletnie bez wyrazu! Koszmarna intonacja! Tempo sprawiające, że miałam ochotę się zatrzymać i się rozpłakać, albo słuchać na trybie przyspieszonym! 

MASAKRA!

Na szczęście kolejny audiobook po który sięgnęłam nadrobił to negatywne wrażenie i nie zraziłam się do tej formy "czytania". Dobrze, że nie trafiłam na "Smak miodu" jako pierwszy, gdyż wtedy byłby to równocześnie mój ostatni audiobook.

Szkoda tylko, iż Pani Czytająca tak skutecznie książkę mi obrzydziła, że pewnie nie sięgnę po nią w formie papierowej. A myślę, że mogło być ciekawie...
  
poniedziałek, 21 marca 2011
Beatrycze i Wergili z prowincji Dolne Plecy


"Wiejska droga. Drzewo.
Późne popołudnie.

Prowincja Dolne Plecy
w kraju, który nazywa się Koszula,
kraju jak każdy inny,
sąsiadującym z, większym od,
mniejszym od Kapelusza, Rękawiczek,
Kurtki, Płaszcza, Spodni,
Skarpetek, Butów i tak dalej.

- Sztuka rozgrywa się na koszuli? - zapytał ze zdziwieniem Henry.
- Tak, na jej tylnej części.
- W takim razie albo Beatrycze i Wergili są mniejsi od okruszków chleba, albo to bardzo duża koszula.
- To bardzo duża koszula.
- Po której wędruje dwoje zwierząt? I jest tam drzewo i wiejska droga?
- Oraz inne rzeczy. To ujęcie symboliczne."

"Beatrycze i Wergili" to powieść bardzo symboliczna z narracją w narracji. Yann Martel rozpoczyna ją od wprowadzenia w życie pisarskie Henry'ego, głównego bohatera (czyżby wątki autobiograficzne?). "Henry wydaje książkę o Holokauście, w której stara się zmierzyć z tematem w nowy, niespotykany dotąd sposób. Jego powieść spotyka się z całkowitym niezrozumieniem i zniechęcony tym Henry rezygnuje z pisania. Nadal dostaje jednak listy od czytelników. Jeden z nich zawiera dziwną próbkę dramatyczną, dialog dwóch postaci na temat smaku i wyglądu gruszki. Henry składa autorowi wizytę. Okazuje się, że jest nim wypychacz zwierząt mieszkający w tym samym mieście." I tutaj zaczyna się niesamowita podróż Henry'ego w tworzoną od kilkudziesięciu lat sztukę teatralną taksydermisty. 

Nietypowy sposób w jaki napisana jest książka sprawia, że intryguje już od pierwszych stron. Przeplatająca się historia Henry'ego z kawałkami sztuki taksydermisty czy opisami wnętrza Taksydermi Okapi tworzy magiczną całość. Temat jednak jest już mniej magiczny. Sposób, w jaki opisany jest Holokaust poprzez historię dwóch wypchanych zwierząt robi ogromne wrażenie! Porównanie zagłady Żydów do wymierania coraz to kolejnych gatunków zwierząt zmusza do myślenia. Tak samo jak mnogość porównań i alegorii. Z drugiej jednak strony styl jest bardzo lekki, sprawiający, iż książkę czyta się błyskawicznie. 

Tajemnicza, nieprzystępna postać wypychacza zwierząt przez cały czas bardzo intryguje. Z jednej strony nie poznajemy do samego końca nawet jego nazwiska, jednak mam wrażenie, że idealnie można go sobie wyobrazić, zwizualizować.

Cała powieść jest bardzo nierówna, lecz w tym pozytywnym znaczeniu. Różne jej części mają różną dynamikę, trudno jest wejść w jeden, stały rytm i spodziewać się co stanie się na kolejnych stronach. Szczególnie końcówka zaskakuje! Mimo, iż można się było spodziewać kim był taksydermista w przeszłości, to nagły wzrost tempa i zwrot akcji mocno zaskakuje. 

Powiem szczerze, że kiedy usłyszałam, że Martel napisał kolejną książkę, podeszłam do niej z "pewną taką nieśmiałością". Bałam się trochę rozczarowania po uwielbianym przeze mnie "Życiu Pi", tym bardziej, że słyszałam dość negatywne opinie o "Ja". Opis na okładce też początkowo nie zachwycał. Kiedy jednak zaczęłam czytać, nie mogłam się oderwać! 

To, co trochę mnie rozczarowało, to bardzo łopatologiczne wyjaśnienie przez Martela warstwy alegorycznej powieści. Wydaje mi się, że każdy w miarę rozgarnięty czytelnik potrafi zrozumieć ukryte znaczenia i porównania, Martel jednak w bardzo prosty sposób tłumaczy "co autor miał na myśli". Z drugiej strony pojawia się w książce dużo wątków autobiograficznych, które wyłapać można tylko znając niektóre fakty z życia autora. 

W całości jednak książka robi duże wrażenie! Sztuka (taksydermisty) również (albo nawet większe)! Nie mówiąc już o kilku ostatnich stronach, na których znajdują się "Gry dla Gustava". Nie zacytuję ich tutaj, warto do nich dotrzeć na samym końcu. Poruszyły mnie do głębi. Dawno nie płakałam czytając książkę, jednak ostatnie sceny ze sztuki taksydermisty są na prawdę przejmujące! Podjęcie przez Martela tematu Holokaustu i przedstawienie go w sposób tak inny od zazwyczaj spotykanych jest bardzo odważne. Podejrzewam, że wielu czytelnikom nie przypadnie do gustu ta estetyka. Książka ta zebrała bardzo skrajne recenzje. Moim zdaniem jednak warto ją przeczytać! Jest na prawdę dobra. 

A dialog małpy i oślicy o gruszce - bezcenny!

Tagi: martel
20:12, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 lutego 2011
The black swan!!!


Niesamowity!
Powalający!
Kopiący po psychice!
Trzymający w napięciu od samego początku do samego końca!
GENIALNA gra Natalie Portman!
Wspaniała muzyka!
Jezioro łabędzie w jeziorze łabędzim...
Koniecznie trzeba obejrzeć!
WOW!
"Przed zstąpieniem do piekieł"


To już trzecia książka noblistki, którą obiecałam sobie, że bliżej poznam (noblistkę, nie książkę), ta konkretna pozycja bowiem trafiła do mnie przez przypadek (dziękuję Magda za prezent!). Opis bardzo mnie zaintrygował i zachęcił do przesunięcia jej wysoko na liście książek oczekujących. Ciekawe jest to, iż zastałam zupełnie coś innego, niż się spodziewałam. Ale od początku...

"Profesor Charles Watkins z uniwersytetu w Cambridge od dłuższego czasu jest w podróży: dryfuje na tratwie po Atlantyku, zdobywa nieznane lądy zamieszkane przez najdziwniejsze stwory, lata na grzbiecie ogromnego białego ptaka... Lata siedemdziesiąte, Londyn. Watkins trafia do szpitala psychiatrycznego. Czy na skutek interwencji lekarzy przerwie wędrówkę? Czy zdąży wypełnić swoje kosmiczne zadanie? 
Odważny, dobitny głos autorki, stawiającej pytania o istotę szaleństwa."

Pierwsza część książki koncentruje się na opisie w/w "podróży" profesora - poznajemy jego wyimaginowane (?) historie i przygody. Dowiadujemy się jak podróżował na tratwie po Atlantyku, gdyż wielki magnetyczny krąg zmusił go do opuszczenia statku. Poznajemy jego przygody na przedziwnej wyspie, gdzie panuje wojna między dwoma rasami niby-zwierząt i gdzie nawiązuje się współpraca z wielkim, białym ptakiem, aby wielki magnetyczny krąg znów wywarł swój wpływ na Charlesa. I kiedy już myślimy, że będzie "normalniej" trafiamy na swego rodzaju "konferencję" planet we wszechświecie, które spersonifikowane planują pojawienie się na Ziemi w celu wykonania pewnej misji. 
Pierwsza połowa jest w moim odbiorze bardzo nierówna - czasem czyta się ją świetnie, przez niektóre kawałki miałam jednak problem aby przebrnąć, a nawet je zrozumieć. Miałam w pewnym momencie wrażenie, że historie te w kolejności pokazywać mogą zmieniającą się percepcję profesora pod wpływem leków podawanych w szpitalu psychiatrycznym (od dziwnych zachowań na Atlantyku i walczących, nierealnych stworzeń na wyspie po uczłowieczone planety, z których jedna nazywała się Merk Ury chociażby). Pewna jednak nie jestem...

Druga część książki koncentruje się bardziej na osobie samego Charlesa Watkinsa pokazywanej nam poprzez listy pisane do lekarzy przez znajomych i rodzinę. Poznajemy go od różnych stron i z różnych etapów jego życia. Widzimy również próby diagnozy jego przypadłości przez dwóch lekarzy, z których każdy ma zupełnie inną opinię i proponowany sposób leczenia.

Trzecią, ostatnią częścią jest dla mnie samo rozwiązanie sytuacji i dzień poprzedzający (czyli czas elektrowstrząsów). Bardzo zafascynowała mnie dyskusja Charlesa z Violet. Ostatnie słowa Charlesa pokazujące, iż tak na prawdę nie chce on powracać do "normalnego" życia. I listy, które on sam wysyła do swoich znajomych... Smutne zakończenie...

Patrząc na książkę jako na całość powiem szczerze, że czytało mi się ją bardzo ciężko... Miałam na początku momenty zawahania. Czasem nie mogłam się skupić, czasem nie rozumiałam "co autorka ma na myśli"... Finalnie uważam ją za ciekawą i intrygującą, ale... No właśnie, ale... Podobała się, ale na kolana nie powaliła... 

Porównując jednak "Przed zstąpieniem do piekieł" z "Podróż Bena" i "Piąte dziecko" jestem pod ogromnym wrażeniem jak różne są te książki i intryguje mnie wielce, co mnie czeka w "Złotym notesie", który czeka na półce. Niewątpliwie różnorodność stylów u jednej autorki jest imponująca!

Tagi: Lessing
20:52, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 stycznia 2011
Duch HaeRu a "Korporacja"


(Uwaga - spoilery!)

Niedawno skończyłam oglądać ostatnią serię "The Apprentice UK" a już kolejna korporacyjna tematyka mnie dopadła. W ręce me bowiem trafiła "Korporacja" Maxa Barry'ego.  

Ogólnie rzecz biorąc książka książka ta w lekki i zabawny sposób pokazywać ma plusy (w ilości nikłej) i minusy (w ilości przeważającej) pracy w korporacji. Niestety nie oparła się bezgranicznej krytyce i bez grama obiektywizmy ukazuje firmy jako zło wcielone, "miejsce reżimu niekompetencji, chciwości i korupcji". Widzimy więc złą firmę (a nawet firmę w firmie) i dzielnego, młodego pracownika, który jako ten korporacyjny Don Kichot porywa się sam jedyny do walki z firmowym okrucieństwem. Mamy też piękną, lecz podstępną Eve, która jak biblijna Ewa kusi biednego Jonesa do grzechu (czyt. zaprzedania się korporacji). Na szczęście nasz dzielny Jones nie zraża się, z korporacją walczy i oczywiście wygrywa (choć nie uniknie przy tym uszczerbku fizycznego jak i emocjonalnego)! Piękna przypowieść o tym, że dobro zawsze zwycięży! ;)

Powiem szczerze, że początek mnie nie zachwycił, a wręcz nie podobał mi się. Rozumiem jaki jest cel książki, lecz sytuacje jak i postacie były zbyt przerysowane i abstrakcyjne. Rzeczy opisywane nie mogłyby w normalnych warunkach mieć miejsca. Ludzie aż tak głupi w tak dużych ilościach nie występują (zazwyczaj ;) ). Zaintrygowała mnie jednak sprawa zaginionego pączka i wrodzona niemożność do odkładania niedoczytanych książek (z małymi wyjątkami). Tak więc kontynuowałam, tym bardziej, iż książkę czyta się błyskawicznie. Kiedy dotarłam do motywu Alfa (standardy zarządzania Omega, korporacja nad korporacją itp.) zaczęło się robić ciekawie. Zaintrygował mnie pomysł stworzenia sztucznej firmy wyłącznie na potrzeby prowadzenia eksperymentów na temat zarządzania. Stworzenie firmy, która jest w pełni samowystarczalna i do życia nie potrzebuje klientów ani w ogóle otoczenia zewnętrznego było tak absurdalne, że aż zabawne. Potem niestety znów było gorzej... Iście hollywoodzki happy end i moralne zwycięstwo Jonesa dają się niestety przewidzieć. Ale nie o zagadkę przecież tutaj chodziło. :)

Jednak można znaleźć w książce tej dobre chwile. Są bardzo śmieszne motywy, które pozwalają doczytać ją do końca, jak na przykład teoria szympansów, testowanie pomysłów na zarządzanie czy wspomniana wyżej zagadka zaginionego pączka. 

Ponadto niezmiernie zabawnym wątkiem, który osobiście mnie urzekł były opisy Zasobów Ludzkich. Jako HaeRowiec całą duszą czytałam wątki te z wielkim uśmiechem na ustach. 

"Zasoby Ludzkie to zasoby ludzkie. Daliśmy im dużą swobodę samodzielnej ewolucji i sami doszli do tego, czym są. (...) HR-owcy nauczyli się nienawidzić pracowników."

Pomysł zgłoszenia przez Freddy'ego niepełnosprawności z powodu głupoty jest cudny! I jego reakcja na telefon z Zasobów Ludzkich:
"Freddy chce odłożyć słuchawkę, nie trafia, łapie ją ponownie i z trzaskiem rzuca na widełki. Ręce mu drżą. Jego zgłoszenie miało zniknąć w biurokratycznej czarnej dziurze: prześlizgnąć się przez szczeliny i zostać załatwione bez wnikania w szczegóły, a tymczasem zwrócił na siebie uwagę HR-u. Wszedł w pole widzenia spopielających oczu bestii. Udawanie głupiego nagle wydaje się bardo głupie. (...) Nikt się nie wymknie HR-owi. Jedyne, co mu pozostaje, to po męsku stawić czoło losowi. Postanawia zostawić marynarkę na krześle. Gdyby miał taką możliwość, przywdziałby zbroję. Przykleja na ekranie swojego monitora karteczkę ze słowami: POSZEDŁEM DO HR. W ten sposób, jeżeli coś się z nim stanie, ludzie będą wiedzieli. (...) Freddy zmusza się do pójścia w stronę wind. Czuje, jak łzy napływają mu do oczu. Idzie skazaniec! Przejście dla skazańca."

I monolog na temat moralności - bezcenne!

"- To, że wierzę w etykę, nie znaczy, że muszę być zaraz Matką Teresą. Jest złoty środek.
- A, słynny złoty środek. (...) Należysz do tych ludzi, Jones, którzy nigdy nie musieli wybierać między etyką a skutecznością. W college'u dowiedziałeś się, że firmy z zadowolonymi pracownikami są na ogół bardziej zyskowne, i pomyślałeś "Całe szczęście". Bo to zwalniałoby cię od bolesnego wyboru: nie musiałeś się zastanawiać, co byś zrobił, gdybyś miał wybierać między jednym a drugim. Nie będziesz pracował dla koncernów tytoniowych albo zbrojeniowych, bo to są brzydkie firmy. Będziesz pracował tylko dla tych dobrych, pomagając im zwiększyć zadowolenie klientów i wytwarzać coraz to lepsze produkty, i - o dziwo! - przypadkiem zwiększy to zyski firmy i zapewni ci awans. Cóż, teraz jesteś w świecie realnym i wkrótce dowiesz się, że czasem trzeba wybierać między moralnością a skutecznością, że firmy robią to każdego dnia, nawet te, które uważałeś za dobre, i że awanse przypadają tym kierownikom, którzy wybierają skuteczność. Będzie cię to gryzło przez kilka dni, miesięcy albo nawet lat, aż wreszcie pewnego dnia uznasz, że musisz podejmować twarde decyzje, bo to jest biznes i tak robią wszyscy. Ale ponieważ będziesz miał wyrzuty sumienia z powodu sześciocyfrowej pensji i najnowszego modelu samochodu, adoptujesz na odległość jakieś dziecko w Sudanie i będziesz wysyłał dziesięć dolarów rocznie organizacji charytatywnej. I nadal będziesz przestrzegał etyki przez większość czasu, to znaczy, kiedy nie konkuruje to z twoją pracą. I fakt, że trochę kłamałeś albo kradłeś, albo podjąłeś pracę w firmie, która zarabia na wyzysku czternastoletnich robotników fabrycznych w Indonezji, nie oznacza, że nie jesteś dobrym człowiekiem. Tyle, że przestaniesz wspominać o etyce. I to, Jones, jest twój złoty środek."

Jak więc widać "Korporacja" Maxa Barry'ego nie jest może literaturą wybitną (stanowczo nie jest!), ale stanowi (jako taką) rozrywkę i oderwanie od rzeczywistości. Ciekawsza byłaby, gdyby wprowadzić do niej trochę więcej obiektywizmu i realności, lecz mimo to potrafi bawić. Czas spędzony na tejże lekturze może nie do końca określę jako stracony, ale też nie powiem, że był on wykorzystany szczególnie wartościowo. Nie sądzę w związku z tym, abym przeczytała cokolwiek więcej Pana Barry'ego (jeśli cokolwiek więcej napisał)... 

Ale teorię szympansów i usuwanie guzików z windy zapamiętam. :)

Tagi: Barry
20:50, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 stycznia 2011
Lisbeth powraca i igra z ogniem


(Uwaga - spoilery!)

Po długiej przerwie powracam ze wzmożoną siłą! I już opisuję lekturę kolejną. Pomimo imponującej objętości prawie 700 stron czyta się ją błyskawicznie. Tak samo jak jej poprzedniczkę. A mowa oczywiście o drugiej części trylogii Millennium "Dziewczyna, która igrała z ogniem". Po około 2-3 miesięcznej przerwie czytelniczej musiałam zacząć od czegoś lżejszego. I wydawało się, że jest to idealny moment dla drugiej części Millennium. I był idealny. :)

"Dziewczyna..." jest tak samo wciągająca jak jej poprzedniczka "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Zaczęłam ją czytać kilka dni temu i już mogę zamieścić recenzję po jej przeczytaniu. Czyta się ją niezmiernie szybko i nie wiem, czy dlatego, że jest napisana tak łatwym językiem, czy dlatego, że wciąga tak mocno, że chce się jak najszybciej dowiedzieć co będzie dalej. Możliwe, że oba te powody są prawdziwe. :)

W porównaniu do części pierwszej pojawiają się oczywiście ci sami główni bohaterowie. Historia jednak jest zupełnie inna. I dobrze! Pod tym względem tą część oceniam o wiele lepiej. Całość osadzona we współczesności, mniej jest odniesień do wydarzeń historycznych. Pojawiają się ciekawe wątki z przeszłości Lisbeth, ale nadają one tylko kolorytu całości. Historia Zali czym dalej tym jest ciekawsza. Nie mówiąc już o momencie, kiedy wyjaśnia się powiązanie jego z bohaterami i główną intrygą! Tego się nie spodziewałam! 

To, co mnie jednak zawiodło w tej książce, to właśnie sami bohaterowie. Mikael już w "Mężczyznach..." był mało interesujący i taki trochę nijaki, więc nie zaskoczyło mnie, że tutaj był taki sam. Ale za to Salander w pierwszej części nadrabiała wystarczająco z niego i połowę reszty bohaterów. W "Dziewczynie..." jednak dość mocno spuściła z tonu... Poza tym, że powiększyła sobie biust (bohaterka z małym biustem pewnie słabo by się sprzedawała w wersji książkowej, że o ekranizacji już nie wspomnę ;) ), to zrobiła się łagodniejsza, bardziej emocjonalna. W drugiej części książki na szczęście wróciła do swojej dawnej postaci, ale mimo wszystko to już nie było "to"... 

W kwestii samej intrygi, czyli sedna całej historii kryminalnej, duża poprawa! Pomimo, iż łatwo się domyślić w pewnym momencie kto morderstw dokonał, to wyjaśnienie całości do końca pozostało dla mnie zagadką. Choć powiem szczerze, że długo przekonana byłam, że chociaż Bjurmana zastrzeliła Salander. 

Ciekawe, choć w pewnym momencie już zbyt absurdalne było wprowadzanie nowych bohaterów, jak na przykład boksera Paolo Roberto, który pojawia się nagle i znikąd. Za to postacie policjantów zaangażowanych w śledztwo zbudowane bardzo ciekawie - z jednymi można sympatyzować, inny irytują ponadprzeciętnie. 

Końcówka trochę już wydała mi się przekombinowana. Z trzema ranami postrzałowymi i jedną z nich w mózgu wykopać się z własnego grobu w środku lasu i jeszcze pokonać swojego przeciwnika chyba tylko Salander (no, może jeszcze James Bond i Chuck Norris) potrafi... Ale ostatnie zdanie jest na prawdę zabawne! :) Do dopełnienia wizerunku Lisbeth tylko benzyny, zapałki i doktora Petera Teleboriana w ogniu mi brakowało. :)

Jeśli chodzi o sam sposób napisania, to jak jak wspomniałam na początku, język lekki, łatwy i przyjemny. Dobrze się to czyta i szybko. Angielszczyzny już troszkę mniej. Ciekawą manierą jest to, iż poznajemy życie bohaterów z takimi szczegółami, że wiemy jakiej marki herbatę piją i w jakim sklepie jaką kupują pizzę. Niestety, kiedy przez pół strony czytałam jakie modele mebli Lisbeth kupowała w Ikei, tego już było troszkę za dużo. ;)

Podsumowując lektura warta przeczytania. Można się odprężyć i zapomnieć o wszystkim co jest dookoła, a za miesiąc zapomnieć. Po trzecią część trylogii na pewno za jakiś czas sięgnę! I oczywiście podzielę się wrażeniami. :)

Tagi: Larsson
21:39, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 stycznia 2011
"Rykoszetem" od Agnieszki Graff


Po długim czasie nieobecności powróciłam na blogowe łono. I wracam z lekturą inną niż ostatnio opisywane, a mianowicie z "Rykoszetem" Agnieszki Graff. Podtytuł tejże książki brzmi "Rzecz o płci, seksualności i narodzie" i jak się można spodziewać, o tym właśnie jest i książka. ;)

Pierwszą książkę Pani Graff ("Świat bez kobiet") przeczytałam około 2 lata temu i zrobiła na mnie duże wrażenie. Opisywała kwestię równouprawnienia kobiet i mężczyzn oraz objawy jego braku w polskim życiu społecznym, kulturowym i politycznym. Stąd też jak tylko dowiedziałam się, że wydana została druga książka Agnieszki Graff, nie wahałam się i szybciutko poszłam do księgarni aby nabyć ją drogą kupna. 

"Postępujące od ponad dekady ograniczanie praw kobiet i mniejszości seksualnych w Polsce nie jest efektem konserwatywnego spisku ani słabości ruchów emancypacyjnych. Nie jest to też polska egzotyka. To rozpoznany przez socjologów i historyków mechanizm, w którym napięcie w zbiorowej tożsamości niejako rykoszetem odbija się na kobietach i wszelkiej maści seksualnych "odszczepieńcach"". Tak brzmi fragment książki zamieszczony na jej okładce. 

Całość zaczyna się od dywagacji na temat "płci narodu polskiego", gdzie Polska personifikowana jest i przedstawiana jako kobieta. "Polska jest kobietą" jak stanowiło hasło przedwyborcze Partii Kobiet (również w "Rykoszetem" opisywanej). 
Dużo Agnieszka Graff poświęca miejsca rozważaniom na temat roli realnej kobiety w dyskusjach politycznych toczących się w Polsce - na ile brane (a raczej na ile nie brane) są pod uwagę prawa kobiet jako podmiotów, a na ile przedstawiana jest kobieta poprzez rolę, jaką w społeczeństwie powinna pełnić (matka, żona, rodzina, ale nie kobieta jako taka). 
Duża część książki koncentruje się na polskich nacjonalizmach oraz na analogiach pomiędzy sposobem traktowania homoseksualistów i Żydów. 
Bardzo ciekawy rozdział dotyczy również analizy tematów genderowych podejmowanych w trzech głównych polskich tygodnikach w okresie plus/minus 2 lat przed i po przyjęciu Polski do UE oraz możliwych przyczyn takiego a nie innego podejścia do tematu. 
Druga część książki są to felietony Agnieszki Graff publikowane w "Gazecie Wyborczej" w latach 2006-2008.

Muszę powiedzieć, że na pewno oceniam "Rykoszetem" dużo niżej niż "Świat bez kobiet". Mam wrażenie, że książka ta opiera się na kilku głównych stwierdzeniach i tezach, które są w kółko opisywane i udowadniane. I z jednej strony byłoby to ok (w końcu o seksualności, płci i narodzie miało być ;) ), gdyby nie to, iż miałam poczucie nieładu i nieskoordynowania całości. Całość sprawia wrażenie zlepku felietonów, luźnych przemyśleń i opinii połączonych w jedną okładkę, ale bez większego pomysłu. Ponadto początek książki napisany jest niezmiernie trudnym, czasem nawet wręcz niezrozumiałym dla mnie językiem... W pozostałej części język nadal wydaje mi się nierówny (choć już nie tak trudny jak na początku).

Tematy podejmowane przez Agnieszkę uważam za bardzo ważne i z wieloma z nich sama się identyfikuję i wspieram. Niestety w "Rykoszetem" (w przeciwieństwie do "Świata bez kobiet") zbyt często miałam wrażenie "dorabiania ideologii" i dopatrywania się czegoś w niczym. Stąd też tak różne odczucia w trakcie czytania. 

Mimo wszystko uważam, że Agnieszkę Graff czytać warto i warto zauważać czające się dookoła absurdy, przejawy dyskryminacji i nietolerancji. Warto się edukować i zmieniać dzięki temu choć trochę rzeczywistość. Dlatego też, pomimo iż momentami lektura bardzo mnie zmęczyła, jeśli pojawi się coś nowego tej samej autorki na księgarnianych półkach, na pewno to kupię (mając nadzieję na powrót do stylu z pierwszej jej książki).
Tagi: graff
20:08, alex_konus , Bukszop
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 września 2010
Pierwsze Millenium za nami


Ile miesięcy się wzbraniałam! Jak długo mówiłam, że nie będę tego czytać! Uważałam, że jeśli coś czytają wszyscy, to nie może to być nic dobrego (parafrazując stare powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego)... A jednak przyszły wakacyjne dni i potrzeba lekkiej, łatwej i przyjemnej lektury. Tak więc złamałam się i wzięłam pierwszą część Millenium "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". 

Książka ma ponad sześćset stron, a czyta się ją niezmiernie szybko. Czytanie zajęło mi kilka (wakacyjnych) dni. Potwierdziły się słyszane wcześniej opinie, że bardzo wciąga. I teraz mogę przyznać, że na prawdę dobrze się ją czytało. 

Książka ta jest, jak pewnie wszyscy świetnie wiedzą, szwedzkim kryminałem. Dwójka bohaterów rozgryza mroczną historię rodzinną mając za zadanie odnaleźć zabójcę sprzed kilkudziesięciu lat. Historia jest ciekawa, choć niestety główny motyw dość przewidywalny (domyśliłam się jego rozwiązania bardzo szybko i resztę książki sprawdzałam, na ile miałam rację). Na szczęście wątki poboczne potrafią zaskoczyć, a czasem są nawet ciekawsze od wątku przewodniego, stąd też nie traci się przyjemności z czytania kolejnych stron. 

Bohaterowie zaś... Hmmm... Główny bohater - Mikael Blomkvist - nie należy do najbardziej fascynujących. Jest troszkę nijaki, mało wyrazisty. Za to bohaterka - Lisbeth Salander - prezentuje się już trochę lepiej! Nie przystaje do kanonu bohaterów o których zazwyczaj się czyta. Jest nietypowa i często zaskakiwały mnie jej zachowania, nawet wtedy, kiedy już myślałam, że mogłam sobie wyrobić o niej wcześniej zdanie. Historia z jej nowym opiekunem prawnym z jednej strony przerażająca, z drugiej ogromnie zaskakująca. A pod koniec książki przekręty finansowe znów pokazują ciekawą stronę osobowości Lisbeth. Ostatnie strony miałam wrażenie, że trochę nagle chcą zmienić jej wizerunek, na szczęście jednak pozostała niezmieniona.

Wiem, że trochę się teraz czepiam, ale jedna rzecz nurtowała mnie w trakcie lektury, a mianowicie częste wtrącenia wyrazów a nawet zdań po angielsku. Pojawiło się to w mojej głowie, gdyż książkę chcieli przeczytać na przykład moi rodzice, którzy niezbyt w tym języku się czują i mogliby części nie zrozumieć... Trochę to więc jest ryzykowne, a czasem nawet drażniące (tym bardziej, że nie widziałam logicznego uzasadnienia potrzeby używania akurat słów obcojęzycznych). Ale może się czepiam... ;)

Zastanawia mnie jak to się stało, że "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" osiągnęła tak wielką popularność na całym świecie? Owszem, jest ciekawa, ale żeby aż tak...?  Choć ogólnie rzecz biorąc książka ciekawa. Nie żałuję, że spędziłam nad nią kilka dni. Sądzę również, że za jakiś czas, kiedy znów natchnie mnie na coś lekkiego dla umysłu, sięgnę pewnie po część drugą. Obawiam się tylko, aby nie była tak podobna do pierwszej żeby mnie nie znudziła... Ale o tym przekonam się pewnie za czas jakiś.
Tagi: Larsson
21:57, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010
Emocje "Po rozstaniu"


(Uwaga - spoilery!)

Po dwóch pierwszych książkach Zeruya'y Shalev wiedziałam, że prędzej czy później zabiorę się za trzecią ze swoistej trylogii. I przyszedł jej czas. 

"Ela Miller bada historię greckiej wyspy Tery, którą zniszczył wybuch wulkanu. Także w życiu Eli dochodzi do kataklizmu. Opuszcza męża, którego obarcza winą za wszystkie swoje frustracje. W wieku trzydziestu sześciu lat postanawia stać się silną, niezależną kobietą. Przed niespodziewanym przygnębieniem chroni się jednak szybko w ramiona innego mężczyzny. Jaką miarą mierzyć słuszność decyzji o rozstaniu? Czy należy pytać o to tylko dzieci? Losy jednej kobiety stają się diagnozą współczesnej rodziny, małżeństwa, związku."

Jest to książka, która bardzo mnie poruszyła. Opisująca bardziej emocje i przemyślenia niż wydarzenia. Poznajemy wszystkie myśli Eli, jej rozterki, zmiany nastrojów, wahania i chwile szczęścia. Książkę rozpoczynamy rozstaniem i opisem "złego" męża, który sprawił, że Ela po 10 latach małżeństwa jest nieszczęśliwa i sfrustrowana. Zbiegiem stron zaczynamy (razem z Elą) spostrzegać tą drugą stronę medalu. 

To, co niezmiernie zafascynowało mnie w tej historii, to szczere, niekoloryzowane pokazanie uczuć i ich zmian. Tego, że raz bohaterka jest sfrustrowana i zrezygnowana, aby jeden maleńki szczegół natchnął ją nadzieją i pozytywnym patrzeniem na świat, po czym kolejna drobnostka ponownie wpędziła ją w mroczne myśli. To, jak sama sobie tłumaczy, że będzie dobrze, że tylko powinna się postarać podchodzić bardziej pozytywnie, i jak łatwo jej motywacja zostaje utracona. Na początku myślałam, że będzie mnie to drażnić, jednak ze strony na stronę coraz bardziej mnie to fascynowało i oczarowywało!

Drażnił mnie za to ogromnie prawie do końca związek Eli z Odedem. Jego zachowanie było odpychające. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego zdecydowała się na tą relację, o wspólnym zamieszkaniu już nie wspominając... Zmiana emocji w okresie jego załamania jednak niezmiernie mnie poruszyła. I nie uważam, że jest to sztuczne, wręcz przeciwnie. Niesamowite było zrozumienie pobudek Eli, jej zmiany "motywacji do miłości". Są różne jej rodzaje, ona znalazła u Odeda to, czego nie czuła nigdy do Amnona, mimo, iż wydawać by się mogło, że nie taką miłością powinniśmy się kierować w związku, nie taką motywacją do bycia razem... Poruszające!

Dużo miejsca poświęcone jest tu również relacjom Eli z jej synem. Ciekawa jest ewolucja jej uczuć wobec ukochanego chłopca i ostra reakcja w odniesieniu do podejścia do niego nowego partnera. Na ile syn może decydować o szczęściu w nowym związku, na ile ma na to szczęście wpływ pośredni? Skrywany przez kilka miesięcy instynkt macierzyński wybucha ze wzmożoną siłą, na tyle znaczącą, że prawie doprowadza do rozpadu nowego związku już po pierwszych godzinach od przeprowadzki. 

Jedna rzecz, której chyba nie do końca zrozumiałam to odniesienie do Tery. Oczywiście symbol kataklizmu jest jasny, ale co dalej? Co z Fryzyjką, z wątpliwościami dotyczącymi sformułowań męża podczas poznania, co z pozostałymi historiami? Nie jestem pewna, czy dobrze to interpretuję... 

Podsumowując - książka niezmiernie ciekawa i intrygująca! Swego rodzaju studium psychologiczne kobiety po rozstaniu. Delektowałam się nią. Warto poświęcić jej trochę czasu, aby móc wczytać się i na spokojnie, powoli pomyśleć i poczuć te emocje. 
 
Tagi: Shalev
21:01, alex_konus , Bukszop
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
"Fioletowy hibiskus"


Po przeczytaniu "Połówki żółtego słońca" wiedziałam, że prędzej czy później zabiorę się za kolejną książkę Adichie, czyli "Fioletowy hibiskus". Nie wiedziałam w ogóle o czym jest, więc mogłam delektować się poznawaniem jej od początku. To, co przeczytałam niezmiernie mnie zaskoczyło, gdyż było zupełnie inne niż się spodziewałam!

Książka jest przejmującym opisem strasznego dzieciństwa piętnastoletniej Kambili, która całe dotychczasowe życie spędziła z fanatycznym ojcem znęcającym się nad całą rodziną. I która to pod wpływem wyjazdu do ciotki do Nsukka zaczyna się zmieniać, dostrzegać inne strony życia.

Na szczęście motyw ojca nie jest jedynym przedstawionym tematem z życia Kambili. Pojawia się ksiądz i wielkie zauroczenie. Poznajemy życie wewnętrzne bohaterki, jej podejście do ludzi, rodziny, religii, tradycji. Niezmiernie poruszające były dla mnie również opisy rozmów rodzeństwa wyłącznie za pomocą spojrzeń. I końcówka książki, która pomimo swego smutku pokazuje nadzieję na przyszłość. 

Opowieśc ta robi tym większe wrażenie, iż narratorem jest właśnie Kambili, która to opisuje swoje przeżycia i towarzyszące im emocje. Opisuje, jak słowa nie potrafią przejść jej przez gardło, albo jak mimo ogromnej tyranii ojca nadal go kocha i pragnie jego akceptacji ponad wszystko. Opisuje ból. I opisuje emocje towarzyszące pierwszemu uśmiechowi czy obcowaniu z księdzem.

Motyw fioletowego hibiskusa symbolizującego zmianę w sposobie myślenia, a co za tym idzie, w życiu rodzeństwa jest moim zdaniem bardzo zgrabnie wpleciony w opowiadanie i nie rzuca się natrętnie czytelnikowi w oczy, za co jestem Adichie bardzo wdzięczna! W jednej z recenzji tejże książki przeczytałam, iż historia ta jest trochę zbyt prosta i banalna. Że fakt iż dziewczynka z "dobrego" domu poznaje inną stronę życia dopiero w biednym domu ciotki jest zbyt naciągana i oczywista. I teoretycznie tak. Teoretycznie. Ale na szczęście czytając tą książkę nie poczułam tego. Nie myślałam przekładając kolejne strony, że opowieść ta jest tak banalna i przewidywalna. Nie myślałam, że spodziewam się, jak książka się skończy, pomimo, iż bieg części wydarzeń faktycznie łatwo było przewidzieć. I to, że absolutnie w trakcie czytania tego nie czułam jest ogromną zaletą "Fioletowego hibiskusa". 

Czytając niektóre opisy nie mogłam oprzeć się porównaniom do "Gnoju" Kuczoka. Wiem, że tylko motyw znęcającego się ojca łączy te dwie powieści, a dzieli wszystko inne, jednak to porównanie cały czas pojawiało się w mojej głowie. I muszę powiedzieć, że książka Adiche podziałała na mnie o wiele mocniej! Wiele razy wycierałam łzy pojawiające się na policzkach. Wiele razy łapałam się na tym, że mam spięte mięśnie, że w napięciu czekam co będzie dalej. Opis polewania stóp wrzątkiem, wydarzenia po których Kambili ląduje w szpitalu czy matka traci długo wyczekiwaną ciążę sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach! A kiedy potem czytam, jak ojciec płacząc przytula córkę lub matkę, coś się we mnie wywraca! Książka ta bardzo mocno działa na emocje!

A czyta się ją błyskawicznie. Wciąga. Jest zupełnie inna niż "Połówka żółtego słońca", ale to dobrze. Nie jest to najlepsza książka jaką w życiu czytałam, ale i tak sprawiła to, że jak tylko pojawi się w księgarniach kolejna książka tej autorki, też ją kupię (i co najważniejsze - przeczytam)! 
 
Tagi: Adichie
23:08, alex_konus , Bukszop
Link Komentarze (1) »
środa, 04 sierpnia 2010
Inna strona Japonii, czyli "Bezsenność w Tokio"


"Każdy początkujący gajdzin przeżywa w Japonii swoją porcję przygód, ucząc się na nowo jeść, mówić, czytać, pisać, myśleć, żyć..." 

Tak oto wygląda opis na okładce książki. I szczerze  mówiąc, po jej przeczytaniu widzę, że nie jest on przesadzony! :)

Książka Marcina Bruczkowskiego (nazwisko nie-do-wypowiedzenia przez obcokrajowca!) to zbiór wspomnień z jego 10-letniego pobytu w kraju rosnącego jena (jak zwykł nazywać Japonię). Dowiadujemy się z jednej strony jak wyglądały zmagania autora z poznaniem oraz dostosowaniem się do zupełnie innej kultury, z drugiej poznajemy japońską rzeczywistość - jej realia, zwyczaje mieszkańców itp. 

To, że Japonia jest krajem dziwnym i zupełnie innym od rzeczywistości którą znamy, chyba wszyscy wiemy. Ale, że aż tak?! Kto by pomyślał, że w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata w domach nie ma łazienek ani ogrzewania? Biorę oczywiście pod uwagę, iż Pan Marcin był w Japonii w latach dziewięćdziesiątych (z moich wyliczeń wynika, że wyjechał z Japonii, po 10 latach pobytu, w okolicach 1999 roku) i pewnie do dzisiaj sporo się zmieniło. Ale mimo wszystko pewne opisy nie tylko dziwią, lecz też szokują! Bo jak wyjaśnić wszechobecny strach przed obcokrajowcami, ogrzewanie domu poprzez dziurę w podłodze, gdzie wkłada się stopy i podpala ogień, czy określanie wielkości mieszkań ilością mat do spania, które tam się zmieszczą (a jest ich zazwyczaj bardzo niewiele!)? Wiele informacji obala panujące u nas mity na temat Japonii (jak na przykład hotele kapsułkowe). Ogólnie - informacje przedziwne ale i arcyciekawe, często również prześmieszne!

Sam styl pisania Pana Marcina niestety nie powala. Czym dalej tym bardziej widać, iż jest to zaadaptowany na książkę pamiętnik. Pisany jest językiem bardzo prostym, często urywanym. Ale nie to jest moim zdaniem w tej książce najważniejsze, więc przymykam na to oko. ;)

Tak więc, jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się trochę więcej na temat Japonii i pośmiać się trochę z niefortunnych przygód biednego gajdzina (cudzoziemca), na pewno warto! Lekka i przyjemna lektura na lato. A do tego można wzbogacić swoją wiedzę o to "skąd gajdzin bierze nowoczesny sprzęt muzyczny, po czym poznać salarymana i dlaczego młode Japonki nie chcą być ciastem świątecznym". :)

22:05, alex_konus , Bukszop
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4